Aktualności
Aktualności
przez Franek Mączka na gru 22 2025
Lilka nie przyszła, żeby mnie pocieszać
Lilka pojawiła się w moim życiu bez zapowiedzi.Nie była odpowiedzią na potrzebę. Nie była decyzją. Nie była planem.
Po prostu była.
Bruno wszedł do mojego domu jak historia, która chciała się wydarzyć.Lilka przyszła jak fakt. Jak coś oczywistego, co nie wymagało uzasadnienia.
I bardzo szybko zrozumiałam, że ona nie przyszła po to, żeby mnie pocieszać.Przyszła po to, żebym nauczyła się nie zawsze być w centrum własnego świata.
Kot, który nie potrzebuje aprobaty
Lilka nie sprawdza, czy na nią patrzę.Nie czeka na reakcję.Nie upewnia się, czy robi coś dobrze.
Jest dokładnie tam, gdzie chce być — na parapecie, na oparciu krzesła, w miejscu, które wybrała sama. Czasem blisko. Czasem daleko. Zawsze na własnych warunkach.
Na początku było mi z tym trudno.Bo gdzieś głęboko w środku każdy z nas nosi potrzebę bycia potrzebnym.
A Lilka…Lilka tej potrzeby nie spełnia.
Granice, których nie da się negocjować
Z Lilką nie da się „dogadać”.Nie da się jej przekonać spojrzeniem ani głosem.Nie da się przyspieszyć jej decyzji.
Jeśli chce być blisko — jest.Jeśli nie — znika.
I nie ma w tym złośliwości.Jest jasność.
Dopiero z czasem zrozumiałam, jak rzadko w życiu spotyka się kogoś, kto tak konsekwentnie respektuje własne granice. Bez tłumaczenia. Bez usprawiedliwiania się. Bez poczucia winy.
Lilka nie odrzuca.Ona reguluje dystans.
Cisza jako forma komunikacji
Bruno komunikuje się zauważalnie.Jego obecność wypełnia przestrzeń.
Lilka robi coś odwrotnego.Ona ją porządkuje.
Kiedy w domu robi się zbyt intensywnie, Lilka znika.Nie dramatycznie. Nie ostentacyjnie. Po prostu przestaje być tam, gdzie jest hałas.
I nagle okazuje się, że cisza też może być komunikatem.
Nie wszystko musi być nazwane.Nie wszystko musi być rozwiązane od razu.
Czasem wystarczy zrobić krok w tył.
Relacja bez zobowiązań
Z Lilką relacja nie polega na ciągłym byciu razem.Polega na tym, że wiemy o sobie, nawet jeśli jesteśmy w innych pokojach.
Nie kontroluję jej.Nie sprawdzam, czy mnie potrzebuje.Nie oczekuję wdzięczności.
A ona w zamian…czasem przychodzi i siada obok. Bez zapowiedzi. Bez powodu.
I to wystarcza.
Czego uczy mnie Lilka
Nie cierpliwości.Nie odpowiedzialności.Nie troski.
Uczy mnie czegoś trudniejszego:że bliskość nie zawsze oznacza dostępność.
Że relacja nie musi być symetryczna, żeby była prawdziwa.Że można kochać i jednocześnie nie zawłaszczać.
W świecie, który ciągle czegoś chce —Lilka jest przypomnieniem, że nie wszystko musi reagować.
Dom, w którym jest miejsce na „nie teraz”
Dzięki Lilce mój dom ma miejsca, do których nie zaglądam.Ma chwile, których nie wypełniam.Ma przestrzeń, która nie domaga się uwagi.
I paradoksalnie — to właśnie wtedy czuję największy spokój.
Bo nie muszę być ciągle potrzebna.Nie muszę wszystkiego rozumieć.Nie muszę wszystkiego nazywać.
Wystarczy, że pozwalam być.
Maja z Góreczekopiekunka Bruna i Lilkiautorka bloga TUF TUF — miejsca, gdzie cisza też ma znaczenie
Aktualności
Skąd wziął się Bruno i dlaczego wiem, że to nie był przypadek
przez Franek Mączka na gru 09 2025
Skąd wziął się Btruno i dlaczego wiem, że to nie był przypadek
W Góreczkach wszystko dzieje się znacznie wolniej niż gdzie indziej. Każda większa zmiana stanowi początek jakiejś nowej ery dla najbliższej społeczności. Zależy też przy kim się mieszka, to oczywiste. Jednak wszystkie nowości są przetwarzane tu znacznie dłużej, muszą się osiąść i przyjąć, nie mając możliwości ucieczki od rozmów ludzi, jak to bywa w dużych miastach, gdzie wszyscy gubią się w wirze pracy.
Telefon, który otworzył furtkę
Pamiętam ten telefon. Dzwoniła moja koleżanka z BULT - jedna z tych osób, które robią dobro bez fanfar i fleszy. Co tydzień jedzie do schroniska z bagażnikiem pełnym karmy, często tej zwyczajnej, codziennej TufTuf, którą psy lubią, bo przypomina im to, co znają.
Tym razem jej głos brzmiał inaczej.
– Maja… Widziałam dziś psa. I nie wiem czemu, ale pomyślałam o Tobie.
Roześmiałam się wtedy. Moja niezdarność w przeprowadzaniu najprostszych procesów życiowych była główną cechą, jaką można mnie było scharakteryzować. Przechodziło mi, co prawda, przez myśl, kilka tygodni wcześniej, że może i jestem roztrzepana, ale braku odpowiedzialności zarzucić mi nie można. Myślałam więc, że może przyjęcie zwierzaka pod mój dach uczyniłoby moje życie bardziej zorganizowanym niż ja sama byłam do tej pory.
– O mnie? Dlaczego?
I coś we mnie drgnęło.
Droga do schroniska
Pojechałyśmy. Pogoda akurat dopisywała, pamiętam te rozkoszne promienie słońca, które utwierdzały, że ,,tak, to jest dobra droga”. W samochodzie pachniało mokrą trawą i karmą — tą, którą moja koleżanka zawsze wozi „dla swoich psów”. Opowiadała mi o podopiecznych ze schroniska. Mówiła o nich tak, jakby wspominała sąsiadów. Opisała mi szczególnie Bruna, który przyciągnął jej uwagę i na którego widok nasunęłam jej się, nie wiedzieć czemu, akurat ja. Oceniła, że to pies wyjątkowo spokojny, cichy i wygląda na wysoce wrażliwego. Mimo chaosu, jaki panuje często wokół mnie, czułam, że to jest dokładnie ten opis, o którym wcześniej, choć nieświadomie, marzyłam. Jak ważne jest to, żeby dobrać psi temperament do swojego charakteru, byście obydwoje mogli się sobą nacieszyć...
Pierwsze spotkanie
W schronisku było naprawdę głośno, słychać było najróżniejsze dźwięki jak szczekanie, piszczenie i te inne, mniej zidentyfikowane. Mieszanka nadziei, zdominowanej jednak frustracją, a może bezsilnością. Trudno stwierdzić. A może nie trudno, ale nie chciałam dopuszczać do siebie tych bolesnych faktów. Zostałam zaprowadzona do Bruna. Siedział posłusznie, nawet nie wiedząc wobec kogo, spoglądał pokornie w oczy tych, którzy się przy nim zatrzymywali. Wpatrywał się w nie głęboko, aż zdziwiło mnie, że zwierze może utrzymywać taki kontakt wzrokowy, jakiego wielu ludzi nie potrafi. Patrzył z jakąś starą mądrością, miałam wrażenie, że wie więcej niż ja. Podszedł kilka kroków do mnie, nieustannie się wpatrując.
– Widzisz? - zapytała koleżanka. - on wie, czego chce, taki z niego zdecydowany chłopak.
Pierwsze godziny w domu
Bruno wszedł do domu bardziej jako grzeczny gość, który stara się nie zrobić bałaganu… jeszcze. Obwąchiwał kąty, podszedł do okna, a potem do kuchni — do tej metalowej miski, którą postawiłam niepewnie. Kładł się obok mebli, nie na nich. Ostrożnie przechadzał się po pokojach. W końcu z każdym dniem zaczął nabierać ufności do pomieszczeń i widać było, że czuje się już komfortowo w nowej przestrzeni.
Codzienność, która staje się domem
Pierwsze dni były trochę nieporadne — tak jak każde początkujące uczucie. Z jedzeniem też różnie bywało. Podawałam mu to, co znał ze schroniska. Czasem tę zwyczajną karmę TufTuf, którą wiozłyśmy w samochodzie - pachniała dla niego bezpiecznie, bo znajomo. Psy lubią stałość. I Bruno ją w tym odnajdywał. Może oboje jej wtedy potrzebowaliśmy.
Dziś — i trochę jutra
Dziś Bruno śpi na kanapie. Na tej, na którą „nie miał wchodzić”, co jest jednym z tych postanowień, z których człowiek rezygnuje jeszcze przed tym, jak spróbował je wprowadzić w życie. Patrzę na niego i widzę psa, który mnie wybrał. I psa, którego ja wybrałam — może nie od razu, ale naprawdę. Moja koleżanka powtarza, że każdy pies ma swojego człowieka.Trzeba mu tylko trochę pomóc go znaleźć. Gdyby nie ona — Bruno siedziałby nadal w tamtym kącie schroniska. Gdyby nie Bruno — Góreczki byłyby odrobinę mniej moje.
A może to dopiero początek
Kilka tygodni później ta sama koleżanka zapytała:
- Maja… może opisałabyś to wszystko? Przy pracy w TufTuf spotykamy ludzi, którzy chcą adoptować psa, ale boją się, że sobie nie poradzą. Może Twoja historia im jakoś pomoże.
Nie wiem, czy moje słowa mają taką moc. Ale zrozumiałam, jak ważne jest godne życie każdego zwierzęcia, a także ile spełnienia daje człowiekowi opieka nad takim stworzeniem. I warto.
Maja z Góreczekopiekunka psa Bruna i kotki Lilkicopywriterka i autorka bloga TufTuf.pl
Aktualności
przez Franek Mączka na lis 19 2025
Zanim postawię pierwszą miskę
Zawsze chciałam mieć porządek w życiu. Porządek w szafie, w planach, w głowie.A potem pojawił się Bruno. I Lilka. I po porządku.
Dom, który pachnie kawą i futrem
Mieszkam w Góreczkach — miejscu, które brzmi jak z bajki, a tak naprawdę jest skrzyżowaniem trzech dróg, piekarni i łąki.Rano pachnie tu kawą i chlebem, a wieczorem świeżym powietrzem i czymś, co Bruno właśnie przywlókł spod płotu. Czasem dzieje się tu dużo dziwnych rzeczy, zresztą jak w każdej mieścinie. Niektórzy zaglądają innym interesownie przez okno do domów, oczywiście w przenośni, jeszcze wariatów nie spotkałam, a pozostali są zbyt zajęci swoimi interesami, by odbyć choćby sąsiedzki small talk. Jednak większość mieszkających wokół mnie zdołała już poznać towarzyskiego Bruna, który zaczepia każdego, naiwnie myśląc, albo i w ogóle w tym przypadku, że każdy człowiek jest dobry. Może i powinnam brać z niego przykład i z taką samą wiarą podchodzić do świata.
Pracuję z domu. Piszę teksty — czasem o psach, czasem o ludziach, czasem o rzeczach, które gubią i znajdują.Lilka uważa, że klawiatura to najlepsze miejsce na drzemkę. Bruno w tym czasie siada pod biurkiem i wzdycha, wlepiając we mnie swoje wyczekujące spojrzenie, którym błagalnie prosi o więcej uwagi.
Małe rytuały
Nie wiem, kiedy to się zaczęło, ale każdy poranek ma u nas ten sam rytm: szuranie łap po podłodze, mruknięcie kota z parapetu i ja — z kubkiem kawy, która zawsze stygnie szybciej niż powinna. Bruno patrzy, Lilka ocenia. Ja próbuję udawać dorosłość. Czasem myślę, że dom zaczyna się właśnie od tego dźwięku — nie od drzwi, nie od budzika, ale od pierwszego poruszenia życia pod stołem.
Niedoskonała codzienność
Nie wszystko wygląda tu jak z katalogu, a ja bezwstydnie się tym dzielę. W końcu ktoś musi. Na kanapie sierść, na parapecie ślady łap, ale w sercu — święty spokój. I może właśnie o to chodzi w życiu. Nie wiem. Zdarza mi się zapomnieć podlewać kwiaty, ale nigdy nie zapomnę o miskach. Kiedyś próbowałam pracować z plannerem, kalendarzem i aplikacją do skupienia.Teraz mam psa, który przypomina mi o przerwach, i kota, który miauczy efektywnie, że nic nie jest aż tak pilne.
Luka w głowie
Nie wiem jeszcze, o czym będzie ten blog. Pewnie o tym, jak kot uczy mnie cierpliwości,pies — zaufania, a kawa — że nawet przy innej temperaturze spełnia swoją funkcję. Może czasem napiszę coś mądrego. Może częściej coś śmiesznego. A może po prostu podzielę się jakąś chwilą, czasem niefortunnie zbędną informacją, lecz może zahaczy ona o czyjąś ostatnią myśl i stworzy całkiem już rozsądne rozważanie na jakiś temat. Bo zanim postawię pierwszą miskę, zawsze słyszę ich dwoje —i wiem, że gdy mój dzień zaczyna się od opieki i dobroci, zaczyna nabierać sensu.
— Maja z Góreczekcopywriterka, opiekunka Bruna i Lilki,autorka bloga Tuftuf.pl — miejsca, gdzie codzienność ze zwierzętami staje się poezją.
