Skąd wziął się Bruno i dlaczego wiem, że to nie był przypadek
Skąd wziął się Btruno i dlaczego wiem, że to nie był przypadek
W Góreczkach wszystko dzieje się znacznie wolniej niż gdzie indziej. Każda większa zmiana stanowi początek jakiejś nowej ery dla najbliższej społeczności. Zależy też przy kim się mieszka, to oczywiste. Jednak wszystkie nowości są przetwarzane tu znacznie dłużej, muszą się osiąść i przyjąć, nie mając możliwości ucieczki od rozmów ludzi, jak to bywa w dużych miastach, gdzie wszyscy gubią się w wirze pracy.
Telefon, który otworzył furtkę
Pamiętam ten telefon. Dzwoniła moja koleżanka z BULT - jedna z tych osób, które robią dobro bez fanfar i fleszy. Co tydzień jedzie do schroniska z bagażnikiem pełnym karmy, często tej zwyczajnej, codziennej TufTuf, którą psy lubią, bo przypomina im to, co znają.
Tym razem jej głos brzmiał inaczej.
– Maja… Widziałam dziś psa. I nie wiem czemu, ale pomyślałam o Tobie.
Roześmiałam się wtedy. Moja niezdarność w przeprowadzaniu najprostszych procesów życiowych była główną cechą, jaką można mnie było scharakteryzować. Przechodziło mi, co prawda, przez myśl, kilka tygodni wcześniej, że może i jestem roztrzepana, ale braku odpowiedzialności zarzucić mi nie można. Myślałam więc, że może przyjęcie zwierzaka pod mój dach uczyniłoby moje życie bardziej zorganizowanym niż ja sama byłam do tej pory.
– O mnie? Dlaczego?
I coś we mnie drgnęło.
Droga do schroniska
Pojechałyśmy. Pogoda akurat dopisywała, pamiętam te rozkoszne promienie słońca, które utwierdzały, że ,,tak, to jest dobra droga”. W samochodzie pachniało mokrą trawą
i karmą — tą, którą moja koleżanka zawsze wozi „dla swoich psów”. Opowiadała mi
o podopiecznych ze schroniska. Mówiła o nich tak, jakby wspominała sąsiadów. Opisała mi szczególnie Bruna, który przyciągnął jej uwagę i na którego widok nasunęłam jej się, nie wiedzieć czemu, akurat ja. Oceniła, że to pies wyjątkowo spokojny, cichy i wygląda na wysoce wrażliwego. Mimo chaosu, jaki panuje często wokół mnie, czułam, że to jest dokładnie ten opis, o którym wcześniej, choć nieświadomie, marzyłam. Jak ważne jest to, żeby dobrać psi temperament do swojego charakteru, byście obydwoje mogli się sobą nacieszyć...
Pierwsze spotkanie
W schronisku było naprawdę głośno, słychać było najróżniejsze dźwięki jak szczekanie, piszczenie i te inne, mniej zidentyfikowane. Mieszanka nadziei, zdominowanej jednak frustracją, a może bezsilnością. Trudno stwierdzić. A może nie trudno, ale nie chciałam dopuszczać do siebie tych bolesnych faktów. Zostałam zaprowadzona do Bruna. Siedział posłusznie, nawet nie wiedząc wobec kogo, spoglądał pokornie w oczy tych, którzy się przy nim zatrzymywali. Wpatrywał się w nie głęboko, aż zdziwiło mnie, że zwierze może utrzymywać taki kontakt wzrokowy, jakiego wielu ludzi nie potrafi. Patrzył z jakąś starą mądrością, miałam wrażenie, że wie więcej niż ja. Podszedł kilka kroków do mnie, nieustannie się wpatrując.
– Widzisz? - zapytała koleżanka. - on wie, czego chce, taki z niego zdecydowany chłopak.
Pierwsze godziny w domu
Bruno wszedł do domu bardziej jako grzeczny gość, który stara się nie zrobić bałaganu… jeszcze. Obwąchiwał kąty, podszedł do okna, a potem do kuchni — do tej metalowej miski, którą postawiłam niepewnie. Kładł się obok mebli, nie na nich. Ostrożnie przechadzał się po pokojach. W końcu z każdym dniem zaczął nabierać ufności do pomieszczeń i widać było, że czuje się już komfortowo w nowej przestrzeni.
Codzienność, która staje się domem
Pierwsze dni były trochę nieporadne — tak jak każde początkujące uczucie. Z jedzeniem też różnie bywało. Podawałam mu to, co znał ze schroniska. Czasem tę zwyczajną karmę TufTuf, którą wiozłyśmy w samochodzie - pachniała dla niego bezpiecznie, bo znajomo. Psy lubią stałość. I Bruno ją w tym odnajdywał. Może oboje jej wtedy potrzebowaliśmy.
Dziś — i trochę jutra
Dziś Bruno śpi na kanapie. Na tej, na którą „nie miał wchodzić”, co jest jednym z tych postanowień, z których człowiek rezygnuje jeszcze przed tym, jak spróbował je wprowadzić w życie. Patrzę na niego i widzę psa, który mnie wybrał. I psa, którego ja wybrałam — może nie od razu, ale naprawdę. Moja koleżanka powtarza, że każdy pies ma swojego człowieka.
Trzeba mu tylko trochę pomóc go znaleźć. Gdyby nie ona — Bruno siedziałby nadal
w tamtym kącie schroniska. Gdyby nie Bruno — Góreczki byłyby odrobinę mniej moje.
A może to dopiero początek
Kilka tygodni później ta sama koleżanka zapytała:
- Maja… może opisałabyś to wszystko? Przy pracy w TufTuf spotykamy ludzi, którzy chcą adoptować psa, ale boją się, że sobie nie poradzą. Może Twoja historia im jakoś pomoże.
Nie wiem, czy moje słowa mają taką moc. Ale zrozumiałam, jak ważne jest godne życie każdego zwierzęcia, a także ile spełnienia daje człowiekowi opieka nad takim stworzeniem.
I warto.
Maja z Góreczek
opiekunka psa Bruna i kotki Lilki
copywriterka i autorka bloga TufTuf.pl
Udział
