Lilka nie przyszła

Lilka nie przyszła, żeby mnie pocieszać

Lilka pojawiła się w moim życiu bez zapowiedzi.
Nie była odpowiedzią na potrzebę. Nie była decyzją. Nie była planem.

Po prostu była.

Bruno wszedł do mojego domu jak historia, która chciała się wydarzyć.
Lilka przyszła jak fakt. Jak coś oczywistego, co nie wymagało uzasadnienia.

I bardzo szybko zrozumiałam, że ona nie przyszła po to, żeby mnie pocieszać.
Przyszła po to, żebym nauczyła się nie zawsze być w centrum własnego świata.

 

Kot, który nie potrzebuje aprobaty

Lilka nie sprawdza, czy na nią patrzę.
Nie czeka na reakcję.
Nie upewnia się, czy robi coś dobrze.

Jest dokładnie tam, gdzie chce być — na parapecie, na oparciu krzesła, w miejscu, które wybrała sama. Czasem blisko. Czasem daleko. Zawsze na własnych warunkach.

Na początku było mi z tym trudno.
Bo gdzieś głęboko w środku każdy z nas nosi potrzebę bycia potrzebnym.

A Lilka…
Lilka tej potrzeby nie spełnia.

 

Granice, których nie da się negocjować

Z Lilką nie da się „dogadać”.
Nie da się jej przekonać spojrzeniem ani głosem.
Nie da się przyspieszyć jej decyzji.

Jeśli chce być blisko — jest.
Jeśli nie — znika.

I nie ma w tym złośliwości.
Jest jasność.

Dopiero z czasem zrozumiałam, jak rzadko w życiu spotyka się kogoś, kto tak konsekwentnie respektuje własne granice. Bez tłumaczenia. Bez usprawiedliwiania się. Bez poczucia winy.

Lilka nie odrzuca.
Ona reguluje dystans.

 

Cisza jako forma komunikacji

Bruno komunikuje się zauważalnie.
Jego obecność wypełnia przestrzeń.

Lilka robi coś odwrotnego.
Ona ją porządkuje.

Kiedy w domu robi się zbyt intensywnie, Lilka znika.
Nie dramatycznie. Nie ostentacyjnie. Po prostu przestaje być tam, gdzie jest hałas.

I nagle okazuje się, że cisza też może być komunikatem.

Nie wszystko musi być nazwane.
Nie wszystko musi być rozwiązane od razu.

Czasem wystarczy zrobić krok w tył.

 

Relacja bez zobowiązań

Z Lilką relacja nie polega na ciągłym byciu razem.
Polega na tym, że wiemy o sobie, nawet jeśli jesteśmy w innych pokojach.

Nie kontroluję jej.
Nie sprawdzam, czy mnie potrzebuje.
Nie oczekuję wdzięczności.

A ona w zamian…
czasem przychodzi i siada obok. Bez zapowiedzi. Bez powodu.

I to wystarcza.

 

Czego uczy mnie Lilka

Nie cierpliwości.
Nie odpowiedzialności.
Nie troski.

Uczy mnie czegoś trudniejszego:
że bliskość nie zawsze oznacza dostępność.

Że relacja nie musi być symetryczna, żeby była prawdziwa.
Że można kochać i jednocześnie nie zawłaszczać.

W świecie, który ciągle czegoś chce —
Lilka jest przypomnieniem, że nie wszystko musi reagować.

 

Dom, w którym jest miejsce na „nie teraz”

Dzięki Lilce mój dom ma miejsca, do których nie zaglądam.
Ma chwile, których nie wypełniam.
Ma przestrzeń, która nie domaga się uwagi.

I paradoksalnie — to właśnie wtedy czuję największy spokój.

Bo nie muszę być ciągle potrzebna.
Nie muszę wszystkiego rozumieć.
Nie muszę wszystkiego nazywać.

Wystarczy, że pozwalam być.

 

Maja z Góreczek
opiekunka Bruna i Lilki
autorka bloga TUF TUF — miejsca, gdzie cisza też ma znaczenie